• Wpisów:566
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:3 dni temu
  • Licznik odwiedzin:8 348 / 1380 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
zapytałeś mnie
czy wszystko ok?
ja odpowiedziałam
tak ok tylko
moja noc jest
koszmarem
moje serce powoli
przestaje bić
moje życie odbieram
sobie każdego dnia
i tak w myślach
podcinam sobie żyły
i patrzę jak miłość
ze mnie wypływa
 

 
wybaczam ci
to, że źle sypiam
mając wciąż w głowie
twoje oblicze
tak cudowne i błyszczące
w porannym słońcu
o 5:40 rano
i wybaczam ci
że pokochałeś mnie aż tak
do szpiku kości
do ostatniego cm skóry
oddałeś mi całe swoje serce
a ja wrzuciłam je w ognisko
w ognisko mojego żalu
 

 
jak już tak
wyliczam
rachunek sumienia
to wychodzi na to
że straciłam
kilka tysięcy
na płynne szczęście
kilka tysięcy na domy z miłością
i miliardy na objazdy świata
w poszukiwaniu lepszego
życia
 

 
wciąż biegnę
biegnę bo muszę
biegnę w maratonie
po miłość
biegnę w wyścigu
o szczęście
muszę je zdobyć
obie mety
przebiec jako
pierwsza
by w końcu
poczuć jak smnakuje
życie
 

 
W alternatywnej rzeczywistości walczyłam o życie. Moje ciało było przebite na wskroś. Wydawało mi się, ze to był jakiś sztylet o niezwykłym wyglądzie.
Tak na prawdę w moim ciele tkwił scyzoryk z bordową rękojeścią. Jedno się zgadzało miałam go wbite w miejsce gdzie znajduje się serce.
Na szczęście, znaczy na moje nie szczęście ostrze nie przebiło serca, uszkodzone było jednak płuco.
Przy moim łóżku wciąż czuwał okularnik. Był trochę głupawy i szaleńczo we mnie zakochany. Jego niebieskie oczy zachodziły łzami.
Na korytarzu wciąż była moja matka. Przynajmniej próbowała być, co chwila dostawała służbowe telefony z pracy.
Byłam w szpitalu od tygodnia codziennie przy moim łóżku czuwał okularnik, bo w sumie to tylko on się jakoś bardziej przejmował tym co zrobiłam.
Matka tylko się użalała: "jak mogła tego nie zauważyć?!", "co z niej za matka", "przecież jej idealna córeczka nigdy nie miała nigdy problemów".
Ona nie chciała widzieć moich problemów nie obchodziło jej to. Ojciec nawet u mnie nie był. Bo co ja go obchodzę, uszło się przyzwyczaić przez te 17 lat.
Przez pewien czas migały mi przed oczami obrazy jak wbijam sobie ten cholerny scyzoryk, ale skoro to zrobiłam, skąd miałam aż tyle odwagi na to?
A i jeszcze te krzyki jak dobrze pamiętam to zanim opuściłam swoje ciało do pokoju wbiegł okularnik z płaczem i krzyczał coś, ze nie pozwoli mi umrzeć.
Już nie pamiętam jak to było. Ważniejsze było to gdzie znajdowałam się aktualnie. Według mnie to nie było niebo, nie tak je sobie wyobrażałam.
W sumie to nie wiem czego oczekiwałam po śmierci, chmurek, że będę w raju biegać i zrywać jabłka? Nagle przed moimi oczami pojawił się niebieskooki.
Uśmiechnięty, tak jak za pierwszym razem gdy go zobaczyłam. Po chwili milczenia zapytał:
- Jak się masz księżniczko?
- Jestem martwa, więc jak do cholery mam się czuć?
Zamilkł, a jego słodki uśmiech znów zamienił się na smutek.
- Ja nie chciałem zeby tak się stało, próbowałem cię przed tym uchronić, nie chciałem cię skrzywdzić.
Móiwł to jednocześnie połykając słone łzy.
- O czym ty do cholery mówisz? Przecież jak mógłbyś mnie skrzywdzić? Nawet nie istaniejszesz.
- Sama mnie wymyśliłaś, każdej nocy krzyczałaś aby ktoś ci pomógł. Przyszedłem gdy umierałaś i zabrałem cię do swojego domu.
- Tak właściwie to gdzie ja jestem?
- Nie jestem pewien jak ci to wytłumaczyć.
 

 
Byłam tam już dłuższą chwilę. Wokół mnie była biel. Popatrzyłam na siebie. Byłam ubrana w cudowną białą suknię do kostek. Przechadzałam się tak po tej pustce gdy nagle poczułam okropny ból na wysokości brzucha. Nagle czysta biel zaszła szkarłatem. Byłam przerażona, upadłam biel przestrzeni w której przebywałam też zapełniała się kolorem krwi. Miałam w głowie czerń. Moim oczom ukazała się wielka światłość. Zanim straciłam przytomność usłyszałam jeszcze "Nie bój się"
Znów przebudziłam się, czułam zimno, ale jedna z moich dłoni była ciepła. Wciąż przez kogoś ogrzewana. Nie widziałam dokładnie twarzy tej osoby. Moje oczy przesłaniała jakby mgła, jednak gdy w końcu odzyskałam jasność umysłu moim oczom ukazał się niebieskooki.
- Gdzie ja do cholery jestem?
- Nie denerwuj się, spokojnie, wszystko będzie dobrze.
Wciąż to powtarzał, a z jego oczu płynęły łzy.
- Dlaczego płaczesz? Przecież wszystko jest dobrze.
On wciąż powtarzał w kółko będzie dobrze, jakby mu się płyta zacięła. Nie rozumiałam co się dzieje dopóki nie przeszedł facet w jakimś białym fartuchu, mówił coś o głębokim śnie. Tak właśnie, że śniłam. Po kilku godzinach rozmyślania coś mi się przypomniało. Pamiętałam krew, jakiś sztylet i krzyki mnóstwo krzyków i oczywiście światło i niebieskookiego.
- Czy ja nie żyję? Gdzie ja jestem? Czy to już niebo?
Cholera stąd musi być jakieś wyjście. Całe życie jedyne w co wierzyłam to "Potwór Spaghetti". W sumie to miałam wszystko w poważaniu, a teraz ląduję w takim miejscu i nawet nie wiem gdzie jestem. Zaczęłam krążyć bez celu po tej nicości w poszukiwaniu wyjścia lub chociaż jakiejś odpowiedzi. W sumie to niebieskooki też wyparował a był tak blisko. Nawet nie wiedziałam jak ma na imię ani kim jest. W sumie to nie wyglądał jak zwykły facet z Ziemi. Może był jakimś kosmitą, chociaż to by się nie trzymało kupy. Po co była potrzebna kosmitom pocięta gruba istota ziemska i do tego jak dobrze pamiętam byłam martwa.
 

 
Moją bezsenność zauważył księżyc. Wlepiał we mnie to zimne pozbawione uczuć spojrzenie. Jakby wiedział co mam na sumieniu. Nie miałam sobie nic do zarzucenia, postępowałam zgodnie z wolą serca, a to nie zbrodnia. Nagle w moim dotąd ciemnym pokoju, którego ciszę zakłócał jedynie stary zegarek nad moim łóżkiem pojawiło się światło. Wpadło przez okno na przeciw łóżka. Lekko się zlękłam gdy z tego właśnie światła wyszła postać. Prześliczny chłopiec o oczach szaro-niebieskich i srebrnych włosach. Patrzył na mnie i uśmiechał się łagodnie. Powoli skradając się jak kot podszedł do mojego łóżka i usiadł. Chyba nie zauważył, że byłam rozbudzona. Udawałam, ze śpię, bądź co bądź, takie rzeczy nie zdarzają się często. Patrzył na mnie a jego blask oświetlał moją zarumienioną twarz. Zbliżył się i palcami przegarnął moje włosy, pocałował mnie w skroń a jego usta były delikatnie jak płatki róży.
-Twoja twarz to jedyna piękna rzecz, którą posiadasz. Twoje serce jest przepełnione nienawiścią, powoli zamieniając się w czarny onyks. Umysł masz pełen listów, które piszesz tuż przed tym jak umierasz. Podcinasz sobie żyły, wieszasz się, to są twoje słodki sny. Każdej nocy przychodzę właśnie do ciebie i próbuję ukoić twoje sny. Tak abyś śniła o pocałunkach, cieple ramion, ale niestety ty zawsze odrzucasz te sny, budzisz się zapłakana i masz dość. Czy coś aż tak skrzywdziło twoje serce, ze mimo braku ciepła w twoim życiu gdy jest ci dane po prostu to odrzucasz? Powiedz czy w jakikolwiek sposób uda mi się ciebie uratować od smutku?
-Przybyłeś za późno
Odchyliłam koc, który przesiąknięty był moją własną krwią, krew z rany kutej rozprzestrzeniała się bardzo szybko.
-Mój żal nie pozwalał mi dłużej żyć. Po prostu wręczył mi do ręki sztylet, miał on piękną grawerkę w kształcie księżyca. Gdy go wbiłam w brzuch poczułam ulgę.
Niebieskooki spojrzał na mnie, złapał mnie za rękę i nagle poczułam lekkość. Nie czułam nienawiści, już tylko radość. Gdy wstałam z łóżka, poszłam razem z nim w stronę okna. Nagle on wydał z siebie blask i nastał dzień i nie wiem do końca jak się tu znalazłam, ale jest mi tu dobrze.
 

 
daj rękę
przyłożę ci ją
do ran mojego serca
splam dłonie krwią duszy
zapłacz gdy ujrzysz w tym sercu
siebie tak właśnie siebie
i krzycz głośno
zedrzyj gardło
z miłości
którą ja ciebie darzę
a o której ty zapomniałeś
już jakiś wiek temu zapomniałeś
że chciałam współistnieć właśnie z tobą
 

 
spojrzałam ci w oczy
ujrzałam w nich
dziecko
tak dziecko
kilkuletnie, przestraszone
i zapłakane
choć masz już lat
osiemnaście i cztery miesiące
ono żyje w tobie nadal
i błaga o pomoc
o litość
przestań się krzywdzić
słyszysz jego wołanie
a jednak
nadal palisz
i zagaszasz pety na czerwonych
od ran nadgarstkach
i czemu czemu
to robisz sobie
gdy obiecywałeś
że nigdy nie będziesz
tacy jak oni
 

 
zanim odejdziesz
zaśpiewam ci
że
zabiorę cię właśnie tam
żebyś wciąż była
w każdy dzień i noc
tutaj przy mnie
nie odchodź
krzyczę jak przez szkło
ale ty już
nie słyszysz
jak nucę
cicho łkam i powtarzam
że zabiorę cie
windą do nieba
 

 
zagubiona w tobie
w twoich czarnych oczach
błyszczących złamanym
sercem
powiedz miła co skrywasz
gdy jasność dnia
księżyc ukryje
gdy znika powłoka
uśmiechu
do którego człowiek
szczerzy kły
gdy człowiek ci ciemnością
ja będę twym światłem
gdy nie wiesz dokąd iść
wskażę ci drogę
lecz błagam
nie płacz już miła
złóż swoją głowę
na ramieniu śmierci
podejdź bliżej i złap mnie za rękę
pokażę ci światło
którym było życie
 

 
Piękna!
to imię stworzone
z myślą o niej
jawnogrzesznica
ze skrzydłami jak u anioła
ukamienowana nie raz
za kradzież serca
wydaje się dźwigać
grzechy nas wszystkich
ach dlaczego skradłaś mi serce
o piękna
twe oczy lśnią jak złoto
o, którego kradzież wciąż
cię oskarżają
nie chcę od ciebie nic więcej
o piękna
tylko oddaj mi
czystość duszy
i serce
o piękna
 

 
zasadziłeś w mojej duszy
ziarno miłości
ziarno kiełkowało
podlewane słowami
podlewane dotykiem
gdy nagle
jak wiatr
minęła czułość dni
w mym zimnym sercu
ziarno miłości
uschło
 

 
niosę w dłoni
całe życie
serce moje
pękającą z nienawiści
do samej siebie
że pozwoliłam na to
abym stoczyła się
na samo dno
studni smutków

jak gwiazda
spadam z nieba
i teraz możesz
pomyśleć życzenie
ja je spełnię
a potem umrę
jak gdyby nigdy
nic
 

 
pęka mi głowa
od natłoku
wspomnień
miłości
i
życia
 

 
Zimna i okrutna
introwerdyczna
zamknięta w sobie
zabijam się
co dzień w myślach
łapię cię za rękę
tak chwytam szczęście
wbiegam na ulicę
pustych serc
i mam nadzieję
że wypełnię je miłością
 

 
złożyłeś dłoń
na moich skroniach
zaś w drugiej
trzymałeś coś
błyszczało
skrzyło się
w promieniach słońca
nagle zaczęło pękać
wyciągnąłeś rękę
i upuściłeś na ziemię
zdeptałeś
i odszedłeś
jak gdyby to
nic nie znaczyło
znalazłam je lezące w trawie
ciemne, zniszczone
moje serce
bez miłosci
 

 
popatrz
na mnie
podejdź bliżej
mój skarbie
dotknij mego serca
delikatnego jak
płatki róży
kruchego
jak szkoło
zamknij piękne
oczy
i zapytaj
czy ono bije dla ciebie?
 

 
gdy już umrę
będę patrzeć
jak wszyscy cierpią
wszyscy
z wyjątkiem mnie
bo będzie im brakowało
moich wygłupów
mojego tańca
mojego głosu
miłości
którą ich obdarzałam
a szczególnie ciebie
bo odebrałam ci sens
życia
chociaż miałam na ziemi niebo
by do nieba się dostać
muszę umrzeć
 

 
spójrz
i podejdź
uderz mnie w w serce
najmocniej jak możesz
i spraw by znowu
ten kryształ lodu
zaczął bić
dla twojego serca
bym znów potrafiła
pokochać cię
taką właśnie miłością
jak kocham
świat
 

 
przysięgnij mi
że
nie odejdziesz
że
ta śmierć nas nie rozłączy
że
kochasz mnie tak bardzo
że
Romeo i Julia
to przy naszej miłości
to zwykły dramat
 

 
podejdź
i powiedz
jak bardzo mnie nienawidzisz
tak bardzo aż do kości
a teraz jak bardzo mnie kochasz
kocham cię tak bardzo
tak bardzo
i obiecuję
nie zmienię się
nie opuszczę cię aż do śmierci
a śmiercią okazała się być
ona
 

 

i chcę iść
nawet gdy pada strzał.
 

 
Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelka wiedzę,
i wszelką możliwą wiarę,
tak, iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.
Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza sie bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamieta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli sie z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
nie jest jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie.

- Hymn o miłości
 

 
Deszcz jak siwe łodygi, szary szum
a u okien smutek i konanie.
Taki deszcz kochasz, taki szelest strun,
deszcz - życiu zmiłowanie.

-K.K. Baczyński "Deszcze"
 

 
Ty trzymasz mnie na ziemi,
Ty wznosisz mnie do nieba,
Tyś jest mi tutaj wszystkiem,
Po co aż tam iść trzeba.
O tobie wiem jedynie
I tylko Ciebie umiem.
Na świat machnąłem ręką:
I tak nic nie zrozumiem!

Co krok - to nowa droga!
Co myśl - to otchłań wrząca.
Ty jedna odpowiadasz,
Mówiąca czy milcząca.

Krwi słucham twego serca,
Bijącej w białej piersi
I trwam miłością błędną
W tym życiu, pełnem śmierci.

-J. Tuwim "Ty"
 

 
w mojej głowie
duszą się myśli
kiedy ty i ja
gdy było pięknie
teraz tylko
smutek i jakoś
źle się sypia po nocach
 

 
nagość umysłów
podniecająca inteligencja
sexsowny rozum
namiętność dwóch głów
pełnych marzeń
 

 
odsuń koszulkę snów
zdejm spódnicę rozczarowania
usuń bieliznę wstydu
i stań przy mnie
i przyjrzyj się
stojącej porażce
 

 
Planowałem kochać Cię do końca życia
 

 
znowu mnie zawiodłaś
nie nadajesz się do niczego
jesteś nikim
nic w życiu nie osiągniesz
czemu nie jesteś jak...
nikt cię nie zechce
 

 
i znaleźliśmy sie
w nibylandii
gdzie marzenia rodzą się na nowo
gdzie czas nie płynie
tam nigdy nie poczujesz co miłość
bo jako dziecko nie poczujesz tego na prawdę
nie chcesz dorosnąć
już byłaś dorosła
czułaś tyle cierpienia naraz
wróciłaś do nibylandii swojego umysłu
do nieba
 

 
znaleźliśmy miłość w miejscu pozbawionym nadziei
 

 
deszcz cicho obijał się o ściany mojego serca
kroczyłam przez bezkres samotności
na przekór ludziom uciekającym do ciepłych domów przed deszczem
szłam jak w transie, jak we śnie
nie kończącej się opowieści
nagle w tłumie twoje oczy zabłysły jak diamnety
i wtedy cię poznałam
 

 
czujesz?
podążaj za mną
za wonią miłości
czujesz jakby lawendę
ale czy to
czy to właśnie ona
ta najbliższa twojemu sercu
ona płonąca ogniem namiętności
zechcesz zająć się ogniem?
poczujesz ją
i zapach jej lawendowego serca